W pewien (z pozoru) zwyczajny poranek uczniowie przekroczyli próg szkoły… bez plecaków. Brzmi podejrzanie? Spokojnie – to nie zbiorowa amnezja ani bunt przeciwko edukacji. To był Dzień bez plecaka, jedno z najbardziej kreatywnych i absurdalnie zabawnych wydarzeń w roku szkolnym. Już od wejścia było jasne, że coś jest na rzeczy. Zamiast klasycznych tornistrów pojawiły się… garnki, walizki, kosze na pranie, a nawet wózek dla lalek. Jeden z uczniów próbował zmieścić zeszyty w… klatce dla kota (bez kota – kot odmówił współpracy). Inny dumnie niósł swoje podręczniki w oponie. Tak, dobrze czytasz – w oponie. Na korytarzach panowała atmosfera festiwalu pomysłów.                     

Kreatywność uczniów nie znała granic:

• ktoś przyniósł książki w skrzynce na narzędzia,

• ktoś inny użył wiadra (ponoć „wodoodporne, więc bezpieczne”),

• rekordzista zmieścił wszystko w… poduszce z zamkiem.

Nauczyciele próbowali zachować powagę, ale widok ucznia wyciągającego zeszyt z garnka skutecznie to utrudniał. Lekcje odbywały się normalnie (no, prawie), choć czasem więcej czasu zajmowało znalezienie długopisu niż rozwiązanie zadania. Największym hitem dnia okazał się konkurs na „najbardziej odjechany zamiennik plecaka”. Jury (czyli samorząd uczniowski) miało trudne zadanie. Ostatecznie wygrał uczeń, Tomasz Chałupka, który przyniósł swoje rzeczy w… półce na buty? Dzień bez plecaka to nie tylko śmiech i dziwne pomysły. To także okazja do integracji, pokazania dystansu do siebie i przypomnienia, że szkoła to nie tylko sprawdziany i kartkówki, ale też miejsce, gdzie można się dobrze bawić. Czy taki dzień powinien odbywać się częściej? Uczniowie jednogłośnie mówią: TAK. Nauczyciele… cóż, niektórzy nadal próbują zapomnieć widok zeszytów wyjmowanych z tostera. Jedno jest pewne – tego dnia nikt nie zapomniał zabrać ze sobą dobrego humoru 😊